24 grudnia 2014
(16) It's Christmas time!
Święta rozpoczęłam już w piątek, ostatnią wigilią klasową. Było naprawdę miło, Ci, co zostali do końca stwierdzili, że była to najlepsza wigilia klasowa ze wszystkich trzech (lub sześciu, w zależności od klasy). Czuło się nastrój świąteczny i taką ciepłą atmosferę. Wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo będzie mi brakować tych ludzi, gdy w maju każdy rozejdzie się w swoją stronę.
Weekend spędziłam na konwencie, oczywiście świątecznym. Co prawda nie odwiedziłam żadnego panelu, bo nie było niczego na tyle dla mnie ciekawego (odrzucili mój). Tradycyjnie wybrałam się na cosplay, choć w połowie zaczęłam zastanawiać się, po co to zrobiłam, skoro dawno już nie bawią mnie animce. W efekcie z sali wyszłam znudzona, z trudnościami podczas chodzenia na odrętwiałych nogach. Kolejną atrakcją był Bal Zimowy, naprawdę fajna sprawa, chociaż godzina tańczenia walca wiedeńskiego była trochę nudna. Razem z koleżanką przetańczyłyśmy może kwadrans, po czym odpuściłyśmy. Najbardziej podobała mi się konwentowa wigilia i składanie życzeń obcym ludziom. Tu również czuło się tą rodzinną atmosferę. Ogólnie konwent mi się podobał, jak zawsze zostało mi z niego wiele zabawnych wspomnień.
Dzisiaj rano obudziłam się zmyślą, że już Wigilia i doszłam do wniosku, że wcale tego nie czuję. Po jakimś czasie zmieniłam zdanie. Pomogli w tym sąsiedzi, którzy przyszli z prezentami. To nasza sąsiedzka tradycja, każdy dom przynosi podarek i składamy sobie życzenia. Całkiem miłe. Oprócz tego całą sobą czekam na wieczerzę, bo wiem, że to już niedługo. Nie mogę się doczekać łamania opłatkiem z rodziną i tej atmosfery pełnej miłości. Poza tym lubię też jeść.
Z okazji tych świąt, chciałabym złożyć wszystkim najszczersze życzenia. Niech te trzy dni zostaną przez Was spędzone w spokojnej, rodzinnej atmosferze i otoczeniu osób, które kochacie. Niech nie zabraknie Wam smacznego jedzenia, choć lepiej martwić by się było ostan naszych żołądków po świętach. Pod choinką znajdźcie te prezenty, o których marzyliście. Niech w te dni nie opuszcza Was radość, a z twarzy nie znika uśmiech.
Oprócz tego życzę szalonego, opitego Sylwestra. W nadchodzącym roku życzę Wam spełnienia wszystkich marzeń i celów, które sobie postawicie. Poznania osób, które będą o Was dbać. Grona przyjaciół i odnalezienia miłości. Wszystkiego, co najlepsze, niech ten rok przebije 2014 na głowę.
Wesołych Świąt!
16 grudnia 2014
(15) Wtorkowy spam muzyczny [2]
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie moge się już doczekać świąt. Niestety, zanim będę mogła cieszyć się całkowitym wolnym, muszę dokończyć próbne matury, które są dla mnie lekko stresujące, choć nic specjalnego z tej okazji nie robię. No coż, byle do weekendu :D
14 grudnia 2014
(14) Oglądam film - "Pokłosie"
Słysząc, że to film dotykający 'kwestii żydowskiej' spodziewałam się obrazu Polaków-bohaterów ratujących prześladowanych. Produkcja miło mnie zaskoczyła. Ukazuje ona dość często u Polaków spotykany antysemityzm, nie tylko w przypadku rozwiązania problemu obecności Żydów na wsi w przeszłości, lecz także wobec osób, które interesują się niewygodnymi aspektami historii. Bohaterowie, doszukując się prawdy, wchodzą w konflikt z resztą wsi, któremu zaradzić nie może nawet proboszcz.
Film, oprócz fabularnej historii Żydów, przedstawia również obraz polskiej wsi. Widzimy w nim robotników reagujących przemocą na poparcie innej partii, staruszka, który skupia się jedynie na swoim ogródku, unikając wychylania się poza utarte normy, słabo wykształconych rolników, grożących głównym bohaterom widłami. Uwydatnia się również niechęć wobec osób opuszczających wieś w celu zdobycia wykształcenia, zarobienia pieniędzy. Mieszkańcy żyją według ustalonego schematu i reagują agresją, gdy ktoś próbuje coś w nim zmieniać lub wracać do niewygodnych faktów.
O grze aktorskiej nie trzeba wiele mówić. Zarówno Ireneusz Czop, jak i Maciej Stuhr świetnie odegrali role braci Kalinów. W ich grze nie czuć ani odrobiny sztuczności. Na pochwałę zasługują również aktorzy, którzy wcielili się w role chłopów ze wsi. Dzięki temu, udało się stworzyć realistyczny obraz wsi, co jest dużym plusem. Nie można równiez pominąć fenomenalnych zdjęć, a także muzyki, która perfekcyjnie podtrzymywała napięcie budowane przez akcję. Z tego powodu uważam, że film zasługuje na miano thrillera.
Moją uwagę zwrócił także inny aspekt filmu. Prócz głównego przesłania, które wielu uznało za 'antypolskie', nasuwa się także pytanie: czy naprawdę powrót do przeszłości był konieczny? Bohaterowie wyciągając trupy z szafy, nie dość, że narazili się całej wsi, to jeszcze znaleźli jednego w swojej. Cała akcja odcisnęła tragiczne piętno na tej dwójce. Czy naprawdę było warto? Lecz skoro tak, po co został stworzony ten film? Na to Pasikowski odpowiada słowami Franciszka Kaliny: "Na świecie jest dużo kurewstwa. Nic z tym nie zrobimy, ale nie musimy przekładać do tego ręki".
Ten skłaniający do refleksji film polecam każdemu. Jest to jedna z lepszych polskich produkcji obecnych czasów i źle jej nie kojarzyć. O tym, że nasz naród nie jest święty należy mówić. Mówiąc o naszych zasługach, nie powinno się zapominać o zbrodniach. I właśnie o tym przypomina nam "Pokłosie".
6 grudnia 2014
(13) Przepis na szczęście.
Zauważyłam wśród wielu młodych ludzi tendencję do bycia nieszczęśliwym. Mnie osobiście to też kiedyś dopadło i nie powiem, żeby to był kolorowy okres mojego życia. Pomijając wzrastającą liczbę depresji lub innych stanów obniżenia samopoczucia, wielu z nas po prostu przyzwyczaiło się do narzekania i bycia ponurym, nieszczęśliwym na siłę. A przecież wcale nie tak trudno to zmienić.
- Zaakceptuj siebie. Bez pogodzenia się ze swoimi wadami i docenienia swoich zalet nie osiągniesz szczęścia i spokoju. Trudno być radosnym, gdy w lustrze zamiast wartościowej osoby widzisz ponurego ziemniaka. Fakt, zawsze znajdzie się ktoś szczuplejszy, popularniejszy, ale po co się do nich porównywać? Jesteś sobą i nic tego nie zmieni, trzeba nauczyć się z tym żyć.
- Pracuj nad sobą. Warto rozwijać się w różnych kierunkach, choćby po to, aby znaleźć swoją pasję. Oprócz tego jest to jedyny sposób na wyplenienie wad lub cech, które Ci przeszkadzają, a które posiadamy wszyscy.
- Zmieniaj się. Rutyna nie wpływa dobrze na nasze samopoczucie. Od czasu do czasu zmień coś w swoim życiu - przefarbuj włosy, wyjdź na lodowisko, zrób coś, co zaskoczy nawet samego siebie. W ten sposób unikniesz nudy i zaznasz trochę radości. Pamiętaj jednak, żeby wszystko, co robisz, robić dla siebie, nigdy dla innych osób. To Ty masz być zadowolony z tego, kim jesteś!
- Znajdź pasję. Każdy potrzebuje odnaleźć w życiu coś, co kocha i czemu może się poświęcić. Dla niektórych jest to sport, dla innych gra na gitarze, jeszcze inni zaczytują się w książkach lub robią zdjęcia. Eksperymentuj!
- Skup się na sobie. Świata nie zbawisz, ludziom na siłę nie pomożesz. Zamiast zadręczać się problemami innych, zajmij się swoimi. Postaw sobie priorytet: najpierw moje szczęście, potem reszta świata. Fakt, pomożesz reszcie, ale kto pomoże Tobie? Nikt za Ciebie życia nie przeżyje, a Ty nie przeżyjesz go za innych.
To jest pięć moich filarów warunkujących szczęście. W większości dotyczą one Ciebie - osoby poszukującej, co jednak nie powinno dziwić. Szczęście musisz znaleźć sam i sam o nie zadbać. Inne rady, które mogę Ci dać: uśmiechaj się jak najczęściej, otaczaj się pozytywnymi ludźmi, myśl o jasnych stronach życia. Po prostu, bądź optymistą, to najłatwiejsza droga! :)
2 grudnia 2014
(12) Wtorkowy spam muzyczny [01]
Piosenka, której szukałam dwa miesiące. Za każdym razem słysząc ją w radiu przypominałam sobie o niej, po czym zapominałam jej sprawdzić. W końcu w połowie sierpnia udało mi się odszukać ją na yt, co mnie bardzo ucieszyło. Podoba mi się też cała płyta (której w tej chwili słucham).
Ten utwór polecił mi znajomy. Nie pamiętam, co sprawiło, że ją otworzyłam (zazwyczaj ignoruję linki z yt lub mówię, że przesłucham później, czego nie robię). Nie żałuję. Co prawda inne piosenki nie robią na mnie takiego wrażenia, ale zespół polecam.
Florence odkryłam przez Last.fm. Najbardziej spodobał mi się album Ceremonials, który wielokrotnie przesłuchałam i do którego często wracam. Nie ma tam piosenki, którą przewijam, aczkolwiek ta utkwiła mi w głowie najbardziej. Napawa mnie czymś w rodzaju optymizmu i nadziei, nie umiem powiedzieć, dlaczego.
Ta piosenka kojarzy mi się z dość dobrym czasem sprzed dwóch lat. Poznałam ją przez grę ze znajomymi w osu! Jak widać zapamiętałam ją do teraz.
Kolejna piosenka związana z osu! Niedawno wróciłam do całego albumu, aczkolwiek nie pzypadł mi jakos specjalnie do gustu.
To wszystko na dziś. Postanowiłam wstawiać takie notki co tydzień we wtorek. Kolejna o piosenkach z Azji. Mam nadzieję, że mi się uda.
25 listopada 2014
(11) Spotkanie z kulturą.
Rozpoczął go maraton Igrzysk Śmierci organizowany przez ENEMEF w Multikinie. Pomimo, że nie przeczytałam żadnej z książek, na których podstawie nakręcono produkcje, postanowiłam pójść, a lekturę nadrobić w wolnym czasie. Nie żałuję tej nieprzespanej nocy spędzonej w kinie. Co prawda wcześniej bałam się, że zasnę podczas którejś z części, ale na szczęście się to nie wydarzyło. Maraton rozpoczął się od części pierwszej, którą w większości widziałam wcześniej trzy razy. Warto było jednak zajrzeć do kina - na wielkim ekranie wszystko wygląda inaczej, poza tym wreszcie zobaczyłam, jak ten film się kończy (co zawsze mnie jakoś omijało). Oglądanie nie przysporzyło mi większych emocji, jako że wiedziałam, czego sie spodziewać, jednak były chwile wzruszen i zdziwienia.
Na początek drugiej części się spóźniłyśmy, bo kupowałyśmy nachosy. Tak, wiem, głupota, ale trzeba było coś zjeść, a skutkiem tłumów w kinie stałyśmy w kolejce piętnaście minut. Cóż. Na szczęście, nie ominęło mnie nic ważnego dla całej fabuły, zresztą siostra z jej koleżanką opowiedziały mi, co mniej więcej może nas ominać (obydwie czytały wcześniej książkę). Druga część była dla mnie bardziej emocjonalna i poruszająca, ale z pewnością pod tym względem przodowała część trzecia.
Kosogłos był dla mnie najbardziej wzruszający. Końcowe sceny śledziłam z zapartym tchem, wytrzeszczonymi oczami wpatrzonymi w ekran i rękoma splecionymi na piersi. Możecie się śmiać, ale tak było, akcja na ekranie strasznie mnie wciągnęła. Wydaje mi się to najciekawszą częścią filmu.
Nieznajomość książek z pewnością nie stawia mnie w zbyt dobrym świetle. Z drugiej strony przeczytam je na pewno, w wolnym czasie. Dodatkowym argumentem za jest to, że filmy są zazwyczaj gorsze, niż ich pisane pierwowzory, tak więc nie odczuję rozczarowania. W filmach, oprócz fantastycznej fabuły, oryginalnego pomysłu oraz przyjemnego doboru aktorów i ich gry podobało mi się to, że pomimo nieznajomości treści, potrafiłam zrozumieć wszystko, co działo się na ekranie. Jest to atut, ponieważ czasem jest to niemożliwe.
Wyjście na maraton oceniam bardzo dobrze, jedynym minusem było niewyspanie i kolejki do toalety oraz kas zaraz po pojawieniu się napisów (razem z siostrą biegłyśmy w stronę tych miejsc, aby uniknąć długiego czekania). Następnym, który rozważam, jest maraton Władcy Pierścieni i Hobbita.
W niedzielne popołudnie wybrałam się razem z rodziną na World Press Photo. Niestety, z powodu kolejnych zajęć już o 18 nie mieliśmy na to zbyt wiele czasu, przez co nie zdążyłam przyjrzeć się wszystkiemu. Na szczęście, udało mi się to nadrobić dzisiaj, w ostatni dzień wystawy. Uważam ją za ciekawą, nagrodzone zdjęcia przedstawiały zarówno problemy polityczne, społeczne, jak i przyrodnicze. Szczególnie podobały mi się portrety Bobby'ego Henline'a, jedynego mężczyzny, który przeżył eksplozję ładunku pod autem, którym jechał ze swoimi znajomymi autorstwa Petera von Agtamaela. Przedstawiały one weterana w różnych sytuacjach. Moją uwagę przykuło również zdjęcie Markusa Schreibera przedstawiające kobietę rozczarowaną niemożliwością zobaczenia trumny Nelsona Mandeli wystawionej na określony czas. Przed budynkiem ustawiła się kolejka, nie wszyscy zdążyli. Podobało mi się też fotografia jeźdźca spadającego z konia, kulącego się fenka autorstwa Bruno D'Amicis oraz stoły do tenisa Kuronga Chena. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z tą wystawą, oczywiście w miarę możliwości.
Niedzielnego wieczoru odwiedziłam Teatr Ludowy, w którym przedstawiany był spektakl 'Splecione w nas' zespołu Eriu. Był to taniec irlandzki. Dowiedziałam się o nim dzięki moim koleżanką z klasy, które do tego zespołu przystąpiły. Nie żałuję odwiedzenia teatru, spektakl był naprawdę dobrze przygotowany, miło patrzyło się na tańczące dziewczyny. Jestem dla nich pełna podziwu - skakać przez całe pięćdziesiąt minut to nie byle co! Moja siostra po wyjściu z teatru stwierdziła, że musimy zapisać się na taniec irlandzki. Zobaczymy, jak to będzie, na razie moim osiagnięciem jest zapisanie jej ze mną na Zumbę.
Na tym kończę dzisiejszą notkę, do następnej!
18 listopada 2014
(10) Mój sposób na radosny weekend, czyli Maraton Zumby
![]() |
| Źródło: klik |
Moja przygoda z Zumbą, jak i fitnessem rozpoczęła się w drugim tygodniu lipca. Już wcześniej z koleżanką z klasy myślałyśmy nad wykupieniem karnetu na siłowni, z której regularnie korzysta jej siostra. W końcu się zdecydowałyśmy, czego absolutnie nie żałuję. Śmiało mogę stwierdzić, że wykupienie tego karnetu zmieniło moje życie (a przynajmniej częściowo).
Pamiętam, że moimi pierwszymi zajęciami była Brzuchomania. Zapisałam się z lekkim niepokojem, bo moim jedynym ruchem w tamtym czasie było chodzenie na spacery. Ale raz kozie śmierć, czyż nie? Moje obawy a propos mojego stanu po ćwiczeniach spełniły się całkowicie, niestety. Zaraz po wyjściu byłam zmęczona, ale zadowolona. Gorzej było już wieczorem. Podczas nocowania u koleżanki nie mogłam się ruszyć. Bolało mnie dosłownie WSZYSTKO, czego spodziewałam się po nadzwyczajnym dla mojego organizmu wysiłku.
Kolejnymi zajęciami, na które poszłam, była Zumba. Wiedziałam, o co mniej więcej chodzi, więc byłam do tego nastawiona optymistycznie, a prowadząca wywarła na mnie dobre wrażenie. Mimo tego, że nie potrafiłam wykonać większości ruchów potrzebnych do układu, nie mogłam potem złapać tchu, a pot lał się ze mnie strumieniami, zapisałam się również na kolejny tydzień. Od tamtej pory Zumba jest stałym elementem mojego tygodnia i opuszczam ją tylko w wyjątkowych okolicznościach.
O sile mojej 'miłości' do Zumby przekonałam się jednak dopiero w zeszłą sobotę. Wychodząc z domu mówiłam mamie, że jakbym miała dość przed upływem wyznaczonego czasu, po prostu wyjdę i wrócę wcześniej. Jak bardzo się myliłam! Przetańczyłam PRAWIE CAŁE TRZY GODZINY, opuściłam tylko jedną piosenkę! Czułam się wspaniale, już dawno nie byłam tak zadowolona i radosna. Będąc tam pośród naprawdę wielu wielu innych ludzi nie przejmowałam się tym, jak wyglądam, co oni pomyślą. Czułam się tam, jak u siebie, a to odczucie pogłębiały koszulki, które zamówiłyśmy grupą z naszą ulubioną prowadzącą. Wtedy dopiero uświadomiłam sobie, że Zumba jest tym, co uwielbiam i będę robić przy każdej możliwej okazji! (Dlatego niezmiernie ubolewam nad faktem, że w tym tygoniu ominie mnie z powodu maratonu 'Igrzysk Śmierci', ale cóż, jedno woleć.)
Więcej o ubiegłym maratonie możecie przeczytać tutaj Jednocześnie zachęcam gorąco do wypróbowania tej zabawy na własnej skórze. Serdecznie polecam Zumbę w jakimkolwiek krakowskim klubie Platinium, koniecznie z Gosią Śliwińską! Chętnie Was tam zobaczę! :D
2 listopada 2014
(09) "Obierz ziemniaki! " - czyli gramy w SpaceTeam.
Halloween w tym roku spędziłam w domu, jak zwykle, jednak z jedną różnicą - zaprosiłam na noc Mango. Było dużo zabawy, śmiechu, zamówiłyśmy pizzę. Przy okazji uświadomiłam sobie, że nie do końca nadaję się na nocowania - wytrzymuję najdłużej do północy, potem muszę się położyć. Sporo czasu spędziłyśmy grając w SpaceTeam.
-Zetatakle!
-Obierz ziemniaki!
-Egzystencja!
-Kibel na 5!
-Sztuczna sfera!
- Wahadło! Ktokolwiek?
Takie okrzyki przez cały wieczór mieli okazję słyszeć moi rodzice. Niekoniecznie się im to podobało, ale nie mieli wyjścia. SpaceTeam jest grą zespołową (od dwóch do czterech graczy, łączycie się za pomocą Wi-Fi lub Bluetooth). Polega na sterowaniu statkiem kosmicznym wypełniając komendy pojawiające się na ekranie. Zabawa polega na tym, że każdy ma inne przyciski na swoim panelu. Trudno jest nie krzyczeć, gdy wszystko jest na czas, a po iluś niepowodzeniach statek ulega zniszczeniu. Po prostu zbyt duże emocje.
Dużo śmiechu, zabawy i krzyków. Przydaje się też znajomość angielskiego, inaczej brzmienie komend może być naprawdę zabawne. Polecam też uważać na gardło, bo ja po pól godzinie gry czułam, że zaczynam tracić głos.
Życzę miłej zabawy!
26 października 2014
(08) The Walking Event
25 października odbył się The Walking Event organizowany przez SuperTeam. Jest to trójka młodych ludzi, którzy postanowili zająć się organizacją tematycznych wydarzeń dla szerszej publiczności. Ich debiutem był Egzamin na Chuunina inspirowany anime Naruto, który jednak nie wypalił, z powodu zbyt małej liczby uczestników. Wiele osób zadeklarowało swoją obecność, skończyło się na pięcioosobowej ekipie, która zadecydowała odwołanie eventu. Następną próbą były Igrzyska Prawie Śmierci, które jednak ponownie zostały zignorowane - pojawiło się jedynie pięć osób. Postanowili więc powtórzyć Egzamin na Chuunina, tym razem zakończony sukcesem. Ludzie bawili się niesamowicie, co możecie zobaczyć na zdjęciach w galerii Kolejnym eventem była Mangowa Gra Terenowa 2 zorganizowana przy współpracy z Marukaite Team https://www.facebook.com/MarukaiteTeam na którą niestety nie dotarłam, choć bardzo chciałam. Jednak po zdjęciach widać, że gra się udała.
Najświeższym ich eventem, który wreszcie odwiedziłam, był The Walking Event.
Nie należy patrzeć na liczbę uczestników - osób pewnych pojawiło się tylko troje. Na szczęście udało nam się zgarnąć po drodze naszych znajomych, końcowo było nas czternaście, co umożliwiło odbycie się zabawy.
Spośród nas została wybrana szóstka zombie, natomiast pozostała ósemka została podzielona na dwie drużyny. Naszym zadaniem było znalezienie dwóch pudeł: jednego z żywnością i jednego z medykamentami oraz osoby odpornej na wirusa zamieniającego w zombie. Przeszkadzać nam miały żywe trupy, które dotknięciem i wykonaniem poprawnie zadania miały nas zamieniać w jednego z nich.
Zabawa się udała, wszyscy byli zadowoleni. Dużo śmiechu, biegania, malowania farbkami. Znajomi zgarnięci z ulicy nie żałowali, że przyszli. Po zakończeniu części głównej, nadszedł czas na wiedzówkę z serialu The Walking Dead. Już w mniejszym gronie, mimo tego równie zabawnie.
Całość trwała trzy godziny, jednak z pewnością nie zostały one zmarnowane. Bardzo mi się podobało, choć przy większej ilości uczestników z pewnoiścią wypadłoby to lepiej. Niestety, targi mody alternatywnej zebrały większość potencjalnych zainteresowanych. Cóż, zdarza się. Galerię ze zdjęciami znajdziecie tutaj
W tym miejscu pragnę zachęcić do obserwacji SuperTeamu i uczestnictwa w ich wydarzeniach, szczególnie osoby z Krakowa. Naprawdę warto, wychodzą z propozycjami z różnych fandomów, nie ograniczają się do jednego tematu i są otwarci na propozycje.
Na koniec mój derp. Miłego wieczoru! :D
8 października 2014
(07) Czas na zwykły spam.
Trzy dni wolne w tym tygodniu były spowodowane zwyczajnym przeziębieniem. Spędziłam je w domu, czytając lekturę i ucząc się historii. Na szczęście już doszłam do siebie i jutro wracam do szkoły. Niestety, od piątku nie wykonywałam żadnych ćwiczeń, nad czym ubolewam. Na szczęście już jutro wf, a potem w domu ćwiczenia z siostrą. A w sobotę moja ukochana Zumba <3
Jutro w mojej szkole odbędą się wybory do samorządu szkolnego, które nadzoruję. Zastanawiałam się, czy nie kandydować, ale zrezygnowałam - zbyt wielka odpowiedzialność, a poza tym nie mogłabym zagwarantować naszej szkole nic ciekawszego, niż moi ewentualni konkurenci. Głupio byłoby mi zabierać im miejsce. Poza tym niedługo matura i powinnam skupić się na 'nauce'.
Z innych zajęć, niedługo muszę zacząć szyć cosplay. Nie mam jeszcze projektu, ani kupionych materiałów - powinnam to wszystko zrobić już dawno, ale mi się po prostu nie chce. Muszę zrobić to w ten weekend. Czeka też na mnie sześć metrów kwadratowych tiulu na strój Tiulwoman.
Na chwilę obecną jednak czeka na mnie 'Granica' i podręcznik do historii. Miłego wieczoru wszystkim!
30 września 2014
(06) Mangowcy - kto to?
Ludzie nie przepadają za mangowcami. Większość uważa ich za dzieci oglądające bajki. Zgadzam się, anime jest bajką, to kreskówka. Jednak jest ich naprawdę wiele rodzajów, o różnych tematykach i fabułach. Zdarzają się zarówno hity, jak i gnioty. Niektóre z nich oglądam choćby ze względu na ładną kreskę lub animację. Ale zbaczam z tematu. Społeczeństwo traktuje anime, jako coś gorszego, zwykłe bajki, zapominając, że bajki również mogą być ciężkie. Przykładem na to są choćby filmy Disneya, w których są poruszane naprawdę trudne problemy, czego w dzieciństwie się nie zauważa. Wracając do tematu anime, ja osobiście uważam je za zwyczajny serial. Nie ma dla mnie różnicy, czy oglądam coś rysunkowego, czy z aktorami, jeśli spodoba mi się fabuła. To samo, jeśli chodzi o mangę. W Japonii komiks traktowany jest na równi z książkami, w Polsce jest inaczej, co wynika oczywistych różnic kulturowych. Ale każdy z nas kiedyś czytał Kaczora Donalda, niektórzy po prostu przestawili się na mangi. To nie powód do pogardy, czy niechęci.
Inna sprawa to zachowanie samych mangowców. Często robią najzwyczajniej w świecie burdel w miejscach, które odwiedzają. Z drugiej strony czego spodziewać się po dużej grupie dzieci? Tak, większość z nich to dzieci. Przedział wiekowy mangowców jest naprawdę rozległy, jednak najbardziej widać tych najmłodszych przedstawicieli, uczęszczających do gimnazjum, głośnych, hałaśliwych i nie zawsze zachowujących się odpowiednio do sytuacji. Ale czego oczekiwać po gimnazjalistach?
Są też sytuacje, które mnie śmieszą. Na łopatki powala mnie irytacja 'tru otaku' na to, gdy ktoś nazwie anime chińską bajką. Okej, anime jest z Japonii, ale co z tego? Trochę dystansu, irytacja nie zmieni zdania tej osoby, a mangowcy wychodzą w takich sytuacjach dosyć żałośnie. Podobnie irytują mnie yaoistki. Każdy mangowiec miał w swoim 'stażu' moment, w którym jarał się yuri/yaoi. Gorzej tylko, gdy taka dziewczynka potrafi podejść do dwóch chłopców stojacych na konwencie i kazać im się całować. Gimbo-yaoistki to zakała całego fandomu.
Kolejna rzecz to konwenty. Zbierają się setki ludzi o tych samych zainteresowaniach, co z automatu skutkuje gwarem i hałasem. Dlatego zazwyczaj na konwenty wybiera się miejsca odludnione lub przyzwyczajone do tego typu wydarzeń. Ludzie śmieją się, krzyczą, po prostu się bawią. Jeśli ludzie na to narzekają, to czemu nie narzekają np. na koncerty? To przecież prawie to samo.
Na konwentach ludzie prezentują swoje cosplaye. To również jest często powodem do śmiechu dla ludzi z zewnątrz. Przebieranie się nie jest może rzeczą, który robi całe społeczeństwo, ale każda grupa ma swoje odchyły. Często te stroje są piękne, dopracowane i widać wysiłek, który w nie włożono. W dzieciństwie każdy z nas był choć raz przebrany za księżniczkę lub Power Rangersa - mangowcy realizują się w tym zakresie bazując na własnej pracy. Stroje na cosplay często są szyte od początku do końca przez osoby je noszące.
Z podobną niechęcią co cosplay spotyka się inspiracja modą azjatycką. Rozumiem to, Azja jest zupełnie inną kulturą i Polska długo jeszcze będzie musiała czekać, aż pojawi się pod tym względem całkowita tolerancja. Każda subkultura ma swoje wzory ubioru i ma do tego prawo. Równie dobrze można spytać każdą dziewczynę w szkole, czemu ubiera się tak, jak wszyscy, przecież to bez sensu. Ubiera sie tak, bo to się jej podoba. A mangowcom po prostu podoba się coś innego. Wiem, że trudno to zaakceptować, bo sama tak naprawdę dopiero niedawno przestałam uważać to za totalne dziwactwo, ale taka jest prawda - każdy nosi to, co chce.
Mangowcy słuchają gównianej muzyki. Na to powiem tylko jedno: o gustach się nie dyskutuje.
Na zakończenie wyjaśnię, co mam na myśli przez 'połowiczne' bycie mangowcem. Moje zainteresowanie tym tematem nastąpiło w drugiej klasie gimnazjum. Niedługo potem poszłam na pierwszy konwent. Nigdy jednak nie zagłębiłam się w to całkowicie. Owszem, miałam etap gimbo-mangowca, ale nie dotknął mnie aż w takim stopniu. Nie wplatałam w każde zdanie japonskich wstawek, nie wciskałam ludziom yaoi, nawet nie za bardzo się tym interesowałam. Po prostu lubiłam chodzić na konwenty i spotykać się z innymi mangowcami. Mimo dość długiego okresu czasu, nie obejrzałam zbyt wielu serii. Nie czułam potrzeby oglądania dniami i nocami, chciałam też robić inne rzeczy. W efekcie oglądam anime może raz na rok, pół roku? Ubierać, ubieram się zwyczajnie, bo mimo zmiany podejścia, nie umiałabym się ubrać po mangowemu do szkoły. Nadal mam wrażenie, że po prostu nie wypada, że to dziwne - choć to nie ma w ogóle sensu. Wpływ na to miała odskocznia, jaką byli moi znajomi w klasie. Wiedzą, że jestem mangowcem, ale przyznają, że nie takim typowym, jak niektórzy moi znajomi. Całkiem się z nimi zgadzam. To też pozwoliło mi na zauważenie pewnych wad mangowców, które pewnie zauważyłabym tak czy siak, tylko trochę później. Tak czy inaczej, jestem pół mangowcem, pół przeciętnym członkiem społeczeństwa, znajduję się gdzieś pośrodku. Czasem mi to mocno przeszkadza, ale najczęściej po prostu to akceptuję, przyzwyczaiłam się do tego.
12 września 2014
(05) Czasu tak mało, czyli rok szkolny pełną parą.
Ale koniec narzekania. Zaczyna się weekend, całe dwa dni wolnego do zagospodarowania czasu. Są to jedyne dwa luźne dni w tygodniu, więc staram się je wykorzystać jak najmocniej. Mimo tego zostawiam sobie trochę czasu na naukę i czytanie lektur. Staram się również stosować do planu, który ustaliłam sobie na dni powszednie, choć nie zawsze mi to wychodzi. Plan ten wygląda następująco:
- 17.00 - Nauka. Bieżący materiał, powtarzanie. Niedługo wyznaczę tu szczegółowo też powtórki z epok z polskiego i być może materiał z biologii, nad zdawaniem której się zastanawiam. Będzie z tym ciężko, bo moje rozszerzenie to historia, a przygodę z biologią zakończyłam w trzeciej klasie gimnazjum, ale chcę spróbować. Zobaczę, jak mi to wyjdzie.
- 20.00 - O tej porze zazwyczaj ćwiczę. Raz jest to wyjście i bieganie z dziewczynami z okolicy, innym razem ćwiczenia w domu. Staram się codziennie zostawić sobie tą godzinę na udoskonalanie siebie pod względem fizycznym.
- 21.30 - Teoretycznie przeznaczyłam sobie ostatnie półtorej godziny na czytanie lektur, ale ten punkt akurat średnio mi wychodzi i najczęściej zamienia się czasem na internet. Mimo tego od poniedziałku zacznę znów się go trzymać.
Ze spraw bardziej konkretnych (bo może to kogoś interesuje), jutro planujemy z siostrą i znajomą zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Jak to wyjdzie i czy wyjdzie - nie wiem, przekonamy się jutro. Być może wybiorę się do Galerii Bronowickiej z dziewczynami z klasami, bo dowiedziały się, że będzie tam Maciej Musiał. Poza tym głównym planem na jutro jest odespanie całego tygodnia, o reszcie będę myśleć później.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam. Postaram się pisać częściej i ciekawiej. A teraz - miłego wieczoru.
1 września 2014
(04) Rok szkolny.
W czwartek zaraz po Zumbie pojechałam do centrum, aby spotkać się z przyjaciółką i odebrać od niej kurtkę mojej siostry pożyczoną dwa dni wcześniej. Był to ostatni dzwonek, bo tego dnia wracała do domu i nie wiadomo, kiedy następnym razem się zobaczymy. A kurtka się przydaje, szczególnie jesienią. Nie pogadałyśmy zbyt długo, bo był tam jej przyjaciel, z którym moje relacje są obecnie dosyć napięte i bała się, żeby nie wynikła żadna awwanturę, więc tylko przekazała mi ubranie, pożegnała się i poszła. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, bo i tak musiałam wracać na autobus, choć sytuacja wydała mi się lekko śmieszna. Do domu wróciłam ponad godzinę później, wymęczona po sporym wysiłku, bez spożycia porządnego wysiłku. Doszłam do siebie dopiero po zjedzeniu obiadu.
Kolejny dzień spędziłam w domu, oglądając anime. Dokończyłam remake Rozen Maiden i obejrzałam całą drugą serię Chuunibyou Demo Koi ga Shitai. Bardzo mi się podobała pierwsza, kolejna też mnie nie zawiodła. Cała seria opowiada o chłopaku z liceum, który w swojej klasie ma dziewczynę dotkniętą syndromem gimbusa. Wyciąga jego mroczną przeszłość, co nie za bardzo mu się podoba. Po jakimś czasie ta dwójka wplątuje w swoje przyggody kolejne osoby. Anime przyjemne, zabawne, z lekkim wątkiem miłosnym. Idealne na dni no-life'a.
W sobotę miałam odebrać przyjaciółkę z dworca. Wracała po tygodniu z Warszawy, więc stwierdziłam, że fajnie będzie ją zobaczyć. Na peron dotarłam zbyt szybko i czekałam pół godziny. Chwilę przed planowanym przyjazdem zadzwoniłam do niej, wesoła, że już nie będę długo czekać... Okazało się, że pociąg jest opóźniony o godzinę. Chcąc nie chcąć czekałam, bo tak czy siak nie miałąm nic innego do roboty, a kolejny autobus miałamz a półtorej godziny. Na samym końcu okazało się, że pociąg zmienił peron. Jednak po tych małych przygodach w końcu udało mi się ją znaleźć. Całą drogę powrotną przegadałyśmy o sprawach ważnych, ważniejszych i całkowitych głupotach.
W niedzielę przyjechała ciocia z babcią. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy kawę, po czym ciocia pojechała, a ja z mamą i siostrą wybrałyśmy się na zakupy. Udało mi się kupić ogrodniczki, o których zawsze marzyłam, więc byłam naprawdę szczęśliwa. Znalazłam też jedną parę spodni, więc mam w czym chodzić. Powzięłam również decyzję o zakupie glanów, zobaczę jeszcze, jaki będzie wybór. Najchętniej kupię czerwone lub zwykłe czarne, zastanawiam się nad 10 i 15 dziurkowymi. Jeszcze się zobaczy.
Dzisiaj rozpoczęłam rok szkolny. Jestem dobrze nastawiona do nauki, nie należę do tych, co narzekają na koniec wakacji, ale gdy zobaczyłam mój plan, lekko się załamałam. Zazwyczaj trzecie klasy licealne kończą dosyć wcześnie, czego nie można powiedzieć w moim przypadku. Nie jest jakoś super, ale tragedii nie ma, ten sam podział godzin miałam rok temu. Przeżyję. Gorsze jest to, że zabrali nam najlepszych nauczycieli i zmienili podział na grupy. Znowu będzie się trzeba przyzwyczajać do nowości, szczególnie do lektora z Belgii. To będzie wyzwanie dla naszej klasy, bo pani Francoise mówi tylko po francusku. Na początku będzie ciężko, ale damy radę. Jak na razie jestem optymistycznie nastawiona. Zobaczymy, co będzie za osiem miesięcy, podczas matur.
Wszystkim uczniom życzę powodzenia w roku szkolnym, studenci niech cieszą się wakacjami. Miłej nocy.
27 sierpnia 2014
(03) Codzienność.
Pierwsze dwa dni upłynęły głownie na ćwiczeniach na siłowni. W środę były to brzuchy, a w czwartek Zumba. Pierwsze popołudnie spędziłam razem ze znajomymi z klasy. Przespacerowałyśmy się z rynku na Kazimierz, po czym udałyśmy się do Forum Przestrzenie, gdzie udało nam się wypić przepyszną lemoniadę za dosyć niską cenę. Miejsce jest całkiem przyjemne i ma swój klimat, choć mnie osobiście denerwowały kamienie, po których niewygodnie się chodziło. Wieczorem wróciłyśmy na rynek, gdzie udałyśmy się na naleśniki i tosty. W czwartek natomiast odwiedziłam panią psycholog, a wieczór spędziłam w domu. Nie było to emocjonujące.
W piątek wyjechałam z rodziną do babci. Dziadkowie byli bardzo zdziwieni, gdy dowiedzieli się, że celem wizyty było posprzątanie całego mieszkania. Zajęło to połowę piątku i soboty. Podczas gdy mama sprzątała, zadaniem reszty rodziny było towarzyszenie dziadkom. Całkiem przyjemnie się rozmawiało, choć tata i dziadek kilka razy się posprzeczali, jak zwykle. Jest to swego rodzaju norma. Nocowaliśmy u cioci, gdzie spotkała mnie niespodzianka ze strony mojego dwuletniego kuzyna. W pewnym momencie wszedł mi na kolana i poprosił, żebym pokazała mu obrazki na telefonie. Za każdym razem pytał się, kto jest na zdjęciu. Było to niezwykle urocze.
Po powrocie do domu znów zrobiłam sobie interwały. Zmęczyłam się, ale byłam z siebie dumna. Postanowiłam sobie wtedy, że będę robić to codziennie, ewentualnie co dwa dni, ale chęć ta zniknęła wraz z nadejściem deszczowej pogody. Przez tą szarugę za oknem nie mam ochoty na nic, unikam nawet wyjść z domu, bo najzwyczajniej w świecie jestem zmęczona. Do tego dochodzi już stres przed nieuchornnym początkiem roku i klasą maturalną.
Niedzielę spędziłam na zakupach z przyjaciółką. Jako że nie miałam zbyt dużej dostępnej kwoty, kupiłam sobie jedną spódnicę koloru miętowego, wykonaną z materiału, który nazywam firanką. Wyglądam w niej dobrze i teraz tylko pozostaje mi dokupić dodatki, które by do niej pasowąły, z czym raczej nie będzie problemu. Jest to część zmiany mojego stylu ubierania się. Chciałabym zacząć stawiać na spódnice, koszulki i rajstopy lub zakolanówki. Szukam sobie po różnych sklepach internetowych, po czym najczęściej stwierdzam, że podobne rzeczy znajdę też w sieciówkach i na tym kończą się moje internetowe zakupy. Może kiedyś, gdy zaoszczędzę pieniądze, uda mi się coś znaleźć i to zdobyć.
Poniedziałek spędziłam z mangowcami na urodzinach trójki z nich. Było bardzo pozytywnie, graliśmy w fandomowy telefon, a hasła przekręcano w naprawdę zabawny sposób. Raz koleżanka podała zdanie w języku, którego nikt nie znał, przez co zostało ono przekształcone w wyrazy zupełnie niepodobne do początkowej wersji. Robiliśmy też sobie mnóstwo zdjęć, oczywiście wszystkie moim telefonem. Później poszliśmy do McDonalds, gdzie spotkaliśmy inną znajomą, z którą porozmawiałam trochę o życiu i wspólnych znajomych. Wieczorem odprowadziłam przyjaciółkę na pociąg, gdyż wybierała się do Warszawy, po czym razem z drugą pojechałyśmy do mnie na noc, której początek spędziłyśmy na oglądaniu youtuberów.
Wczoraj były urodziny mojej siostry, które nie wypadły jakoś rewelacyjnie. Piknik, który planowała się nie udał, ponieważ miały przyjść jedynie trzy osoby z dziesięciu, a do tego padało cały dzień. Efektem tego było przesiedzenie całego dnia w domu. Wieczorem pojechała odebrać swojego jeża, który po siedmiogodzinnej podróży (w tym dwugodzinnego opóźnienia, podczas którego członkowie mojej rodziny zamarzali na dworcu w oczekiwaniu) wreszcie bezpiecznie dotarł do terrarium w jej pokoju. Dzisiaj oswaja się z otoczeniem, choć jego główną czynnością jest sen. Niemniej jednak jest bardzo uroczy.
Dzisiejszy dzień spędzam na bezproduktywnym gapieniu się w laptopa. Pogoda na zewnątrz nie zachęca do jakiekolwiek aktywności, do tego najprawdopodobniej się przeziębiłam, czego nie chcę pogorszyć, biorąc pod uwagę nadchodzący początek roku. Być może wieczorem poćwiczę na orbitrecku, choć to zależy w dużej mierze od tego, jak będę się czuła i czy będzie mi się chciało, bo od poniedziałku trzyma mnie okropny leń. Tak czy siak skończy się jutro, bo ruszam na Zumbę, przy okazji poćwiczę sobie też na maszynach. Możliwe, że to jedna z niewielu ostatnich okazji, bo nie wiem, jak będzie z siłownią w roku szkolnym, wszystko zależy od planu lekcji.
To wszystko na dzisiaj. Być może kolejna notka będzie bardziej tematyczna, jednak nie mogę nic obiecać. Jeśli chcecie, możecie mi coś podpowiedzieć. Tymczasem miłego dnia.
20 sierpnia 2014
(02) B6 i zwykła codzienność.
Weekend spędziłam na konwencie B6. Zastanawiałam się, czy nie napisać osobnej notki o nim, ale nie był aż tak wyjątkowy, dlatego wspomnę o nim tutaj. Jak każdy konwent B-Teamu, był znakomicie zorganizowany. Akredytacja rozpoczęła się o godzinie 14, a będąc mniej więcej w połowie kolejki, o 14.38 byłam już rozłożona na korytarzu. Wszystko poszło sprawnie, jak zwykle, co jest naprawdę dużym plusem, bo dużo słyszy się o Kolejconach na innych konwentach oraz o ich słabej organizacji. Jeszcze nie spotkałam się z negatywną opinią na temat b-konwentów, co mnie bardzo cieszy.
![]() |
| Dream Team. |
Z socialem było tym razem trochę gorzej, ale na to miały wpływ rożne czynniki, słabe humory moich znajomych i fakt odwołania scenki dwie godziny przed wyruszeniem na konwent. Mimo tego nie mogę powiedzieć, żebym się nudziła, oczywiście pod względem towarzystwa, bo jak zwykle nie znalazłam w planie żadnej atrakcji, która by mnie zainteresowała (oprócz wiedzówki z Vocaloidów, na którą nie poszłam, bo zwyczajnie zaspałam). Nie ucierpiałam jednak, bo doskonale bawiłam się ze znajomymi. Większość czasu spędziłam na Ulstrastarze i w naszym korytarzowym sleepie lub na łażeniu po conplace.
![]() | |
| Po lewej - dzień pierwszy, po prawej - drugi. |
Jeśli chodzi o przebrania, o co zostałam już zapytana na asku, doskonale bawiłam się jako TiulWomen pierwszego dnia i 'true dzieciokotek' drugiego. Nie miałam żadnego cosplayu, czy stroju w stylu azjatyckim, bo najzwyczajniej w świecie nie posiadam takich rzeczy. Mam jedną lolitkę, ale nie miałam ochoty jej brać. Mimo tego starałam wpasować się w tłum, choć nie wiem, jak mi to ostatecznie wyszło.
Dzisiejszy dzień rozpoczęłam ćwiczeniami na brzuch. Jakiś czas temu wzięłam się za siebie i postanowiłam, że będę ćwiczyć. Jest to dla mnie osiągnięcie, ponieważ jestem okropnym leniem i do wakacji każde popołudnie spędzałam przy laptopie lub na kanapie z telefonem w ręku. Na szczęście, to się zmieniło. Popołudnie spędziłam ze znajomym na szukaniu tiulu, którego chcę użyć na udoskonalenie mojego stroju TiulWomen w celu założenia go na sobotni Cosplay Walk. Szukałam tkaniny dwie godziny, co zaowocowało bardzo przyjemnym prawie siedmiokilometrowym spacerem. Nie było to dla mnie straszne, gdyż w dobrym towarzystwie wszystko przychodzi milej. Po powrocie do domu spotkało mnie jednak niemiłe rozczarowanie, gdyż okazało się, że w weekend wyjeżdżamy do babci, skutkiem czego bezsensownie kupiłam te sześć metrów kwadratowych tiulu. Ponieważ rodzice się zastanawiają nad przełożeniem wyjazdu, mam nadzieję, że uda mi się jednak pójść na walk, choć liczę się z tym, że może to nie dojść do skutku.
Jutro pojadę z koleżanką na siłownię, będziemy ćwiczyć brzuch. Chętnie spróbowałabym sobie interwałów, ale nie wiem, jak to wyjdzie, ponieważ mamy autobus pół godziny po zajęciach. Mam jednak nadzieję, że mi się uda, a jeśli nie - zrobię to w domu. Popołudniu jadę spotkać się z inną znajomą, a wieczorem być może pójdę biegać z tatą, o ile będzie miał na to ochotę. To są oczywiście tylko plany, ale mam nadzieję, że się powiodą.
Cieszyłabym się, gdybyście wyrazili swoją opinię na temat tego, co piszę (jeśli oczywiście ktokolwiek to czyta). Będę wdzięczna za każdy komentarz i ewentualnie podpowiedź na temat tego, co chcielibyście przeczytać. Tymczasem dobranoc!
17 sierpnia 2014
(01) Obóz mangowy - z czym to się je?
Na pierwszy obóz pojechałam ze znajomymi z Krakowa (o czym dowiedziałam się przypadkiem dwa dni wcześniej). Spodobało mi się tam na tyle, że rok później zdecydowałam się na wybór tego samego obozu.
Drugi raz był już dużo lepszy - trafiłam na niesamowitych ludzi, przez co te półtora tygodnia minęło naprawdę szybko.Jak po każdym obozie powstała potem grupa na facebooku, gdzie umawialiśmy się na powtórkę. W końcu doszło to do skutku - tyle że beze mnie.
Jako że w tym roku pojawiła się opcja wyjazdu nad morze, a ja nie miałam ochoty na kolejne wyjście na Gubałówkę, wybrałam obóz mangowy w Jantarze. Mogę powiedzieć całkowicie szczerze, że nie żałuję. Co prawda uczestników było mniej, niż w górach, ale to nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Trafiły mi się świetne osoby w pokoju, co skutkowało często nieprzespanymi nocami, ale nikt się tym nie przejmował. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że był to najlepszy turnus, na jakim byłam, co mnie bardzo cieszy, gdyż była to dla mnie ostatnia szansa, aby pojechać tam jako uczestnik.
Co można robić na takim obozie?
Na stronie PP rozpisany jest program, który z roku na rok niewiele się zmienia (rozmawiałam o tym z kadrą, która powiedziała, że kierownictwo nie uwzględnia wielkich zmian, bo tak po prostu łatwiej). Dlatego też co roku opowiadamy o japońskich horrorach i piszemy kaidany, rozmawiamy o modzie japońskiej, stylach, dodatkach i szyjemy kimona (ewentualnie inny strój wzorowany na modzie azjatyckiej), robimy sushi, oglądamy konkurs cosplay, w którym wziąć udział może każdy uczestnik z przygotowanym wcześniej strojem, rysujemy własne mechy po obejrzeniu kilku odcinków anime o tej tematyce, próbujemy tworzyć własną mangę, niszczymy sobie mózgi japońskimi reklamami, a także bawimy się na dyskotekach tematycznych. Oczywiście, pewne rzeczy się zmieniają, po rozpatrzeniu sugestii uczestników (na koniec każdego obozu wypełnia się ankietę, co się podobało, z czego można zrezygnować itd.). Pamiętam, że trzy lata temu robiliśmy dubbing pod anime o kotach. Rok później pominęliśmy ten punkt programu za zgodą wszystkich, a tym razem nawet nie było o tym mowy. Zamiast tego robiliśmy japońskie latawce, czego pomysłodawczynią była jedna z wychowawczyń. Ona również wprowadziła zabawę w obozowego Kirę, który za pomocą kartek ze swojego Death Note'a zabijał ludzi. Polegało to na podrzucaniu kartek z imieniem i sposobem śmierci. Gdy dana osoba znalazła świstek przeznaczony dla niej, miała 'umrzeć' w ciągu następnej doby. Im bardziej kreatywną śmierć wymyślił Kira, tym było zabawniej. Oczywiście, nie obyło się bez oglądania anime, czy dram. W zależności od miejsca obozu można było zdobywać niuyeny, za które była opcja np. wykupić seans nocny. Tego brakowało nam nad morzem, co jednak nie uniemożliwiło nam siedzenia do późnej nocy.
Góry, czy morze?
Istnieją pewne różnice między obozami w górach i nad morzem. Jest ich całkiem sporo, co może zaważyć nad wyborem placówki.
- W górach ośrodek jest wynajęty dla tzw. 'obozów japońskich', które często zajmują cały budynek, przez co nie ma możliwości organizowania tam innych obozów. Dzięki temu można tam wprowadzać dodatkowe przywileje, np. wyżej opisaną walutę obozową, co niestety nie było możliwe nad morzem, gdyż oprócz mangi koegzystowało tam pięć innych obozów. Z tym łączyło się również lekkie wyśmiewanie, ale to dotyczyło głownie otaku obnoszących się swoim hobby (kocie uszka, ogonki, malowane wąsy, peruki). W górach nikt na mangę dziwnie nie patrzy, bo są wśród 'swoich'.
- Wyjścia do sklepu. Nad morzem było ich zdecydowanie więcej, gdyż ośrodek nie był od niego daleko. Będąc w górach odwiedziłam sklep dwa razy, podczas gdy nad morzem zrobiliśmy to cztery. Było to oczywiście zależne od usytuowania ośrodka.
- Wyjścia. Dosyć ważna kwestia dla mangowców, co zaobserwowałam na tegorocznym wyjeździe. Jako że byliśmy nad morzem, chodziliśmy na plażę, co można było przewidzieć. Bawiło mnie niezadowolenie obozu mangowego, przywoływanie deszczu, smarowanie się kremem z filtrem 50 i chodzenie z parasolem. W górach wyjście było tylko jedno - całodniowa wycieczka do Zakopanego obejmująca wejścia na Gubałówkę (obowiązkowe, jeśli nie ma się kartki od rodziców) i grę terenową na Krupówkach. W tej sytuacji dla osób nielubiących słońca polecam raczej góry, a tych, którym ono nie przeszkadza, zapraszam nad morze.
- Kadra. Zawsze większość przedstawicieli jest w górach, gdzie przyjeżdża więcej uczestników, jednak miałam szczęście trafić nad morzem na najfajniejszą opiekunkę z nich wszystkich. Być może w przyszłym roku zobaczycie w tym gronie również mnie.
Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco przebieg obozów mangowych. Dla osób, które się tym nie interesują mam informację, że jest to jeden z naprawdę wielu obozów tematycznych. Uważam, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Gdybyście mieli jakieś pytania, komentujcie.
10 sierpnia 2014
(00)
Założyłam tego bloga, bo chciałam mieć miejsce, w którym mogę pisać o czym tylko chcę ze świadomością, że mogą czytać to wszyscy, nie tylko osoby wybrane, którym podrzucę link. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie to czytał, ale zaryzykuję. Najwyżej dalej będę pisać sama dla siebie.
Nowy blog jest też związany ze zmianami, jakie zaszły w moim życiu. Chce Wam pokazać obecną siebie, która, nie da się ukryć, jest tą lepszą wersją, niż ta sprzed choćby kilku miesięcy. Wolę, aby tamten czas pozostał w przeszłości, do której należy, co jednak nie znaczy, że chcę zapomnieć. Warto pamiętać o gorszych chwilach, w ten sposób łatwiej cieszyć się z tych lepszych. Przynajmniej u mnie to działa.
Jeśli interesuje Was, co będę tu zamieszczać, muszę Was zawieść, bo sama nie wiem. Będzie to miszmasz wszystkiego, wymieszam tu moje refleksje i sytuacje z mojego życia, moje plany na przyszłość i być może niektóre elementy mojej przeszłości.
Jeśli kogokolwiek to interesuje - zapraszam do lektury!













