30 września 2014

(06) Mangowcy - kto to?

Dzisiejszą notkę postanowiłam poświęcić temacie mangowców, czyli miłośników anime i mangi (często też Japonii, co jednak w większości przypadków można kwestionować). Sama należę do tej grupy połowicznie, o czym powiem pod koniec.

Ludzie nie przepadają za mangowcami. Większość uważa ich za dzieci oglądające bajki. Zgadzam się, anime jest bajką, to kreskówka. Jednak jest ich naprawdę wiele rodzajów, o różnych tematykach i fabułach. Zdarzają się zarówno hity, jak i gnioty. Niektóre z nich oglądam choćby ze względu na ładną kreskę lub animację. Ale zbaczam z tematu. Społeczeństwo traktuje anime, jako coś gorszego, zwykłe bajki, zapominając, że bajki również mogą być ciężkie. Przykładem na to są choćby filmy Disneya, w których są poruszane naprawdę trudne problemy, czego w dzieciństwie się nie zauważa. Wracając do tematu anime, ja osobiście uważam je za zwyczajny serial. Nie ma dla mnie różnicy, czy oglądam coś rysunkowego, czy z aktorami, jeśli spodoba mi się fabuła. To samo, jeśli chodzi o mangę. W Japonii komiks traktowany jest na równi z książkami, w Polsce jest inaczej, co wynika oczywistych różnic kulturowych. Ale każdy z nas kiedyś czytał Kaczora Donalda, niektórzy po prostu przestawili się na mangi. To nie powód do pogardy, czy niechęci.

Inna sprawa to zachowanie samych mangowców. Często robią najzwyczajniej w świecie burdel w miejscach, które odwiedzają. Z drugiej strony czego spodziewać się po dużej grupie dzieci? Tak, większość z nich to dzieci. Przedział wiekowy mangowców jest naprawdę rozległy, jednak najbardziej widać tych najmłodszych przedstawicieli, uczęszczających do gimnazjum, głośnych, hałaśliwych i nie zawsze zachowujących się odpowiednio do sytuacji. Ale czego oczekiwać po gimnazjalistach?

Są też sytuacje, które mnie śmieszą. Na łopatki powala mnie irytacja 'tru otaku' na to, gdy ktoś nazwie anime chińską bajką. Okej, anime jest z Japonii, ale co z tego? Trochę dystansu, irytacja nie zmieni zdania tej osoby, a mangowcy wychodzą w takich sytuacjach dosyć żałośnie. Podobnie irytują mnie yaoistki. Każdy mangowiec miał w swoim 'stażu' moment, w którym jarał się yuri/yaoi. Gorzej tylko, gdy taka dziewczynka potrafi podejść do dwóch chłopców stojacych na konwencie i kazać im się całować. Gimbo-yaoistki to zakała całego fandomu.

Kolejna rzecz to konwenty. Zbierają się setki ludzi o tych samych zainteresowaniach, co z automatu skutkuje gwarem i hałasem. Dlatego zazwyczaj na konwenty wybiera się miejsca odludnione lub przyzwyczajone do tego typu wydarzeń. Ludzie śmieją się, krzyczą, po prostu się bawią. Jeśli ludzie na to narzekają, to czemu nie narzekają np. na koncerty? To przecież prawie to samo.

Na konwentach ludzie prezentują swoje cosplaye. To również jest często powodem do śmiechu dla ludzi z zewnątrz. Przebieranie się nie jest może rzeczą, który robi całe społeczeństwo, ale każda grupa ma swoje odchyły. Często te stroje są piękne, dopracowane i widać wysiłek, który w nie włożono. W dzieciństwie każdy z nas był choć raz przebrany za księżniczkę lub Power Rangersa - mangowcy realizują się w tym zakresie bazując na własnej pracy. Stroje na cosplay często są szyte od początku do końca przez osoby je noszące.

Z podobną niechęcią co cosplay spotyka się inspiracja modą azjatycką. Rozumiem to, Azja jest zupełnie inną kulturą i Polska długo jeszcze będzie musiała czekać, aż pojawi się pod tym względem całkowita tolerancja. Każda subkultura ma swoje wzory ubioru i ma do tego prawo. Równie dobrze można spytać każdą dziewczynę w szkole, czemu ubiera się tak, jak wszyscy, przecież to bez sensu. Ubiera sie tak, bo to się jej podoba. A mangowcom po prostu podoba się coś innego. Wiem, że trudno to zaakceptować, bo sama tak naprawdę dopiero niedawno przestałam uważać to za totalne dziwactwo, ale taka jest prawda - każdy nosi to, co chce.

Mangowcy słuchają gównianej muzyki. Na to powiem tylko jedno: o gustach się nie dyskutuje.

Na zakończenie wyjaśnię, co mam na myśli przez 'połowiczne' bycie mangowcem. Moje zainteresowanie tym tematem nastąpiło w drugiej klasie gimnazjum. Niedługo potem poszłam na pierwszy konwent. Nigdy jednak nie zagłębiłam się w to całkowicie. Owszem, miałam etap gimbo-mangowca, ale nie dotknął mnie aż w takim stopniu. Nie wplatałam w każde zdanie japonskich wstawek, nie wciskałam ludziom yaoi, nawet nie za bardzo się tym interesowałam. Po prostu lubiłam chodzić na konwenty i spotykać się z innymi mangowcami. Mimo dość długiego okresu czasu, nie obejrzałam zbyt wielu serii. Nie czułam potrzeby oglądania dniami i nocami, chciałam też robić inne rzeczy. W efekcie oglądam anime może raz na rok, pół roku? Ubierać, ubieram się zwyczajnie, bo mimo zmiany podejścia, nie umiałabym się ubrać po mangowemu do szkoły. Nadal mam wrażenie, że po prostu nie wypada, że to dziwne - choć to nie ma w ogóle sensu. Wpływ na to miała odskocznia, jaką byli moi znajomi w klasie. Wiedzą, że jestem mangowcem, ale przyznają, że nie takim typowym, jak niektórzy moi znajomi. Całkiem się z nimi zgadzam. To też pozwoliło mi na zauważenie pewnych wad mangowców, które pewnie zauważyłabym tak czy siak, tylko trochę później. Tak czy inaczej, jestem pół mangowcem, pół przeciętnym członkiem społeczeństwa, znajduję się gdzieś pośrodku. Czasem mi to mocno przeszkadza, ale najczęściej po prostu to akceptuję, przyzwyczaiłam się do tego.

12 września 2014

(05) Czasu tak mało, czyli rok szkolny pełną parą.

Ostatnią notkę wstawiłam 11 dni temu, więc stwierdziłam, że wypadałoby coś napisać. Pustka tutaj wynikła z braku ciekawych tematów, a także małej ilości czasu. Jak już pisałam wcześniej, plan lekcji mojej klasy nie wygląda jak podział godzin przeciętnego maturzysty. Tragicznie nie jest, ale mogłoby być lepiej. No cóż. W każdym razie do domu wracam zazwyczaj 16-17, po czym zjadam obiad i siadam do lekcji. Co prawda jak na razie zajęć nie mam aż tak dużo, niemniej jednak w ciągu tego miesiąca już mam cztery terminy, w których mam a to kartkówkę, a to sprawdzian, a to jakąś pracę i to tylko z historii. Boję się, co będzie, gdy moja polonistka wróci z urlopu. Ta na zastępstwie daje nam dość spory luz, nie pilnuje zadań, ani tego, czy na lekcji uważamy. Z jednej strony dobrze, bo mamy spokój, ale z drugiej to maturalna, wypadałoby się do podstawowych przedmiotów przyłożyć. Nie mówię już o osobach z rozszerzenia.

Ale koniec narzekania. Zaczyna się weekend, całe dwa dni wolnego do zagospodarowania czasu. Są to jedyne dwa luźne dni w tygodniu, więc staram się je wykorzystać jak najmocniej. Mimo tego zostawiam sobie trochę czasu na naukę i czytanie lektur. Staram się również stosować do planu, który ustaliłam sobie na dni powszednie, choć nie zawsze mi to wychodzi. Plan ten wygląda następująco:
  • 17.00 - Nauka. Bieżący materiał, powtarzanie. Niedługo wyznaczę tu szczegółowo też powtórki z epok z polskiego i być może materiał z biologii, nad zdawaniem której się zastanawiam. Będzie z tym ciężko, bo moje rozszerzenie to historia, a przygodę z biologią zakończyłam w trzeciej klasie gimnazjum, ale chcę spróbować. Zobaczę, jak mi to wyjdzie.
  • 20.00 - O tej porze zazwyczaj ćwiczę. Raz jest to wyjście i bieganie z dziewczynami z okolicy, innym razem ćwiczenia w domu. Staram się codziennie zostawić sobie tą godzinę na udoskonalanie siebie pod względem fizycznym.
  • 21.30 - Teoretycznie przeznaczyłam sobie ostatnie półtorej godziny na czytanie lektur, ale ten punkt akurat średnio mi wychodzi i najczęściej zamienia się czasem na internet. Mimo tego od poniedziałku zacznę znów się go trzymać.
Spać chodzę zazwyczaj o 23, to pozwala mi być w szkole w miarę żywą i aktywną. Staram się brać czynny udział w lekcjach, bo wiem, że muszę korzystać. W tym roku nie mogę sobie odpuścić, zresztą nie chcę. To niecałe osiem miesięcy, a potem będę mieć wolne (przynajmniej w teorii). Jednocześnie ten czas jest najważniejszym czasem w dotychczasowym życiu, od którego zależy moja przyszłość. A chcę, żeby malowała się w ciepłych kolorach.

Ze spraw bardziej konkretnych (bo może to kogoś interesuje), jutro planujemy z siostrą i znajomą zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Jak to wyjdzie i czy wyjdzie - nie wiem, przekonamy się jutro. Być może wybiorę się do Galerii Bronowickiej z dziewczynami z klasami, bo dowiedziały się, że będzie tam Maciej Musiał. Poza tym głównym planem na jutro jest odespanie całego tygodnia, o reszcie będę myśleć później.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam. Postaram się pisać częściej i ciekawiej. A teraz - miłego wieczoru.

1 września 2014

(04) Rok szkolny.

Kilka ostatnich dni wakacji zleciało mi szybko, jak zresztą całe te dwa miesiącę. Nie czuję jednak smutku z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Przerwa od nauki zaczynała mnie już trochę nudzić.

W czwartek zaraz po Zumbie pojechałam do centrum, aby spotkać się z przyjaciółką i odebrać od niej kurtkę mojej siostry pożyczoną dwa dni wcześniej. Był to ostatni dzwonek, bo tego dnia wracała do domu i nie wiadomo, kiedy następnym razem się zobaczymy. A kurtka się przydaje, szczególnie jesienią. Nie pogadałyśmy zbyt długo, bo był tam jej przyjaciel, z którym moje relacje są obecnie dosyć napięte i bała się, żeby nie wynikła żadna awwanturę, więc tylko przekazała mi ubranie, pożegnała się i poszła. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, bo i tak musiałam wracać na autobus, choć sytuacja wydała mi się lekko śmieszna. Do domu wróciłam ponad godzinę później, wymęczona po sporym wysiłku, bez spożycia porządnego wysiłku. Doszłam do siebie dopiero po zjedzeniu obiadu.

Kolejny dzień spędziłam w domu, oglądając anime. Dokończyłam remake Rozen Maiden i obejrzałam całą drugą serię Chuunibyou Demo Koi ga Shitai. Bardzo mi się podobała pierwsza, kolejna też mnie nie zawiodła. Cała seria opowiada o chłopaku z liceum, który w swojej klasie ma dziewczynę dotkniętą syndromem gimbusa. Wyciąga jego mroczną przeszłość, co nie za bardzo mu się podoba. Po jakimś czasie ta dwójka wplątuje w swoje przyggody kolejne osoby. Anime przyjemne, zabawne, z lekkim wątkiem miłosnym. Idealne na dni no-life'a.

W sobotę miałam odebrać przyjaciółkę z dworca. Wracała po tygodniu z Warszawy, więc stwierdziłam, że fajnie będzie ją zobaczyć. Na peron dotarłam zbyt szybko i czekałam pół godziny. Chwilę przed planowanym przyjazdem zadzwoniłam do niej, wesoła, że już nie będę długo czekać... Okazało się, że pociąg jest opóźniony o godzinę. Chcąc nie chcąć czekałam, bo tak czy siak nie miałąm nic innego do roboty, a kolejny autobus miałamz a półtorej godziny. Na samym końcu okazało się, że pociąg zmienił peron. Jednak po tych małych przygodach w końcu udało mi się ją znaleźć. Całą drogę powrotną przegadałyśmy o sprawach ważnych, ważniejszych i całkowitych głupotach.

W niedzielę przyjechała ciocia z babcią. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy kawę, po czym ciocia pojechała, a ja z mamą i siostrą wybrałyśmy się na zakupy. Udało mi się kupić ogrodniczki, o których zawsze marzyłam, więc byłam naprawdę szczęśliwa. Znalazłam też jedną parę spodni, więc mam w czym chodzić. Powzięłam również decyzję o zakupie glanów, zobaczę jeszcze, jaki będzie wybór. Najchętniej kupię czerwone lub zwykłe czarne, zastanawiam się nad 10 i 15 dziurkowymi. Jeszcze się zobaczy.

Dzisiaj rozpoczęłam rok szkolny. Jestem dobrze nastawiona do nauki, nie należę do tych, co narzekają na koniec wakacji, ale gdy zobaczyłam mój plan, lekko się załamałam. Zazwyczaj trzecie klasy licealne kończą dosyć wcześnie, czego nie można powiedzieć w moim przypadku. Nie jest jakoś super, ale tragedii nie ma, ten sam podział godzin miałam rok temu. Przeżyję. Gorsze jest to, że zabrali nam najlepszych nauczycieli i zmienili podział na grupy. Znowu będzie się trzeba przyzwyczajać do nowości, szczególnie do lektora z Belgii. To będzie wyzwanie dla naszej klasy, bo pani Francoise mówi tylko po francusku. Na początku będzie ciężko, ale damy radę. Jak na razie jestem optymistycznie nastawiona. Zobaczymy, co będzie za osiem miesięcy, podczas matur.

Wszystkim uczniom życzę powodzenia w roku szkolnym, studenci niech cieszą się wakacjami. Miłej nocy.