Minął tydzień od ostatniego wpisu, więc wydaje mi się, że powinnam postarać się o kolejny. Jak na razie nie ma jakichś arcyciekawych wydarzeń w moim życiu, więc kolejny raz opiszę codzienność.
Pierwsze dwa dni upłynęły głownie na ćwiczeniach na siłowni. W środę były to brzuchy, a w czwartek Zumba. Pierwsze popołudnie spędziłam razem ze znajomymi z klasy. Przespacerowałyśmy się z rynku na Kazimierz, po czym udałyśmy się do Forum Przestrzenie, gdzie udało nam się wypić przepyszną lemoniadę za dosyć niską cenę. Miejsce jest całkiem przyjemne i ma swój klimat, choć mnie osobiście denerwowały kamienie, po których niewygodnie się chodziło. Wieczorem wróciłyśmy na rynek, gdzie udałyśmy się na naleśniki i tosty. W czwartek natomiast odwiedziłam panią psycholog, a wieczór spędziłam w domu. Nie było to emocjonujące.
W piątek wyjechałam z rodziną do babci. Dziadkowie byli bardzo zdziwieni, gdy dowiedzieli się, że celem wizyty było posprzątanie całego mieszkania. Zajęło to połowę piątku i soboty. Podczas gdy mama sprzątała, zadaniem reszty rodziny było towarzyszenie dziadkom. Całkiem przyjemnie się rozmawiało, choć tata i dziadek kilka razy się posprzeczali, jak zwykle. Jest to swego rodzaju norma. Nocowaliśmy u cioci, gdzie spotkała mnie niespodzianka ze strony mojego dwuletniego kuzyna. W pewnym momencie wszedł mi na kolana i poprosił, żebym pokazała mu obrazki na telefonie. Za każdym razem pytał się, kto jest na zdjęciu. Było to niezwykle urocze.
Po powrocie do domu znów zrobiłam sobie interwały. Zmęczyłam się, ale byłam z siebie dumna. Postanowiłam sobie wtedy, że będę robić to codziennie, ewentualnie co dwa dni, ale chęć ta zniknęła wraz z nadejściem deszczowej pogody. Przez tą szarugę za oknem nie mam ochoty na nic, unikam nawet wyjść z domu, bo najzwyczajniej w świecie jestem zmęczona. Do tego dochodzi już stres przed nieuchornnym początkiem roku i klasą maturalną.
Niedzielę spędziłam na zakupach z przyjaciółką. Jako że nie miałam zbyt dużej dostępnej kwoty, kupiłam sobie jedną spódnicę koloru miętowego, wykonaną z materiału, który nazywam firanką. Wyglądam w niej dobrze i teraz tylko pozostaje mi dokupić dodatki, które by do niej pasowąły, z czym raczej nie będzie problemu. Jest to część zmiany mojego stylu ubierania się. Chciałabym zacząć stawiać na spódnice, koszulki i rajstopy lub zakolanówki. Szukam sobie po różnych sklepach internetowych, po czym najczęściej stwierdzam, że podobne rzeczy znajdę też w sieciówkach i na tym kończą się moje internetowe zakupy. Może kiedyś, gdy zaoszczędzę pieniądze, uda mi się coś znaleźć i to zdobyć.
Poniedziałek spędziłam z mangowcami na urodzinach trójki z nich. Było bardzo pozytywnie, graliśmy w fandomowy telefon, a hasła przekręcano w naprawdę zabawny sposób. Raz koleżanka podała zdanie w języku, którego nikt nie znał, przez co zostało ono przekształcone w wyrazy zupełnie niepodobne do początkowej wersji. Robiliśmy też sobie mnóstwo zdjęć, oczywiście wszystkie moim telefonem. Później poszliśmy do McDonalds, gdzie spotkaliśmy inną znajomą, z którą porozmawiałam trochę o życiu i wspólnych znajomych. Wieczorem odprowadziłam przyjaciółkę na pociąg, gdyż wybierała się do Warszawy, po czym razem z drugą pojechałyśmy do mnie na noc, której początek spędziłyśmy na oglądaniu youtuberów.
Wczoraj były urodziny mojej siostry, które nie wypadły jakoś rewelacyjnie. Piknik, który planowała się nie udał, ponieważ miały przyjść jedynie trzy osoby z dziesięciu, a do tego padało cały dzień. Efektem tego było przesiedzenie całego dnia w domu. Wieczorem pojechała odebrać swojego jeża, który po siedmiogodzinnej podróży (w tym dwugodzinnego opóźnienia, podczas którego członkowie mojej rodziny zamarzali na dworcu w oczekiwaniu) wreszcie bezpiecznie dotarł do terrarium w jej pokoju. Dzisiaj oswaja się z otoczeniem, choć jego główną czynnością jest sen. Niemniej jednak jest bardzo uroczy.
Dzisiejszy dzień spędzam na bezproduktywnym gapieniu się w laptopa. Pogoda na zewnątrz nie zachęca do jakiekolwiek aktywności, do tego najprawdopodobniej się przeziębiłam, czego nie chcę pogorszyć, biorąc pod uwagę nadchodzący początek roku. Być może wieczorem poćwiczę na orbitrecku, choć to zależy w dużej mierze od tego, jak będę się czuła i czy będzie mi się chciało, bo od poniedziałku trzyma mnie okropny leń. Tak czy siak skończy się jutro, bo ruszam na Zumbę, przy okazji poćwiczę sobie też na maszynach. Możliwe, że to jedna z niewielu ostatnich okazji, bo nie wiem, jak będzie z siłownią w roku szkolnym, wszystko zależy od planu lekcji.
To wszystko na dzisiaj. Być może kolejna notka będzie bardziej tematyczna, jednak nie mogę nic obiecać. Jeśli chcecie, możecie mi coś podpowiedzieć. Tymczasem miłego dnia.
27 sierpnia 2014
20 sierpnia 2014
(02) B6 i zwykła codzienność.
Nie chciałabym, żeby tu było jakoś mocno pusto, a notki pojawiały się z wielkimi przerwami, dlatego zastanawiam się, czy nie opisywać mojego życia 'z dnia na dzień'. Byłabym wdzięczna za pomoc w decyzji.
Weekend spędziłam na konwencie B6. Zastanawiałam się, czy nie napisać osobnej notki o nim, ale nie był aż tak wyjątkowy, dlatego wspomnę o nim tutaj. Jak każdy konwent B-Teamu, był znakomicie zorganizowany. Akredytacja rozpoczęła się o godzinie 14, a będąc mniej więcej w połowie kolejki, o 14.38 byłam już rozłożona na korytarzu. Wszystko poszło sprawnie, jak zwykle, co jest naprawdę dużym plusem, bo dużo słyszy się o Kolejconach na innych konwentach oraz o ich słabej organizacji. Jeszcze nie spotkałam się z negatywną opinią na temat b-konwentów, co mnie bardzo cieszy.
Z socialem było tym razem trochę gorzej, ale na to miały wpływ rożne czynniki, słabe humory moich znajomych i fakt odwołania scenki dwie godziny przed wyruszeniem na konwent. Mimo tego nie mogę powiedzieć, żebym się nudziła, oczywiście pod względem towarzystwa, bo jak zwykle nie znalazłam w planie żadnej atrakcji, która by mnie zainteresowała (oprócz wiedzówki z Vocaloidów, na którą nie poszłam, bo zwyczajnie zaspałam). Nie ucierpiałam jednak, bo doskonale bawiłam się ze znajomymi. Większość czasu spędziłam na Ulstrastarze i w naszym korytarzowym sleepie lub na łażeniu po conplace.
Jeśli chodzi o przebrania, o co zostałam już zapytana na asku, doskonale bawiłam się jako TiulWomen pierwszego dnia i 'true dzieciokotek' drugiego. Nie miałam żadnego cosplayu, czy stroju w stylu azjatyckim, bo najzwyczajniej w świecie nie posiadam takich rzeczy. Mam jedną lolitkę, ale nie miałam ochoty jej brać. Mimo tego starałam wpasować się w tłum, choć nie wiem, jak mi to ostatecznie wyszło.
Dzisiejszy dzień rozpoczęłam ćwiczeniami na brzuch. Jakiś czas temu wzięłam się za siebie i postanowiłam, że będę ćwiczyć. Jest to dla mnie osiągnięcie, ponieważ jestem okropnym leniem i do wakacji każde popołudnie spędzałam przy laptopie lub na kanapie z telefonem w ręku. Na szczęście, to się zmieniło. Popołudnie spędziłam ze znajomym na szukaniu tiulu, którego chcę użyć na udoskonalenie mojego stroju TiulWomen w celu założenia go na sobotni Cosplay Walk. Szukałam tkaniny dwie godziny, co zaowocowało bardzo przyjemnym prawie siedmiokilometrowym spacerem. Nie było to dla mnie straszne, gdyż w dobrym towarzystwie wszystko przychodzi milej. Po powrocie do domu spotkało mnie jednak niemiłe rozczarowanie, gdyż okazało się, że w weekend wyjeżdżamy do babci, skutkiem czego bezsensownie kupiłam te sześć metrów kwadratowych tiulu. Ponieważ rodzice się zastanawiają nad przełożeniem wyjazdu, mam nadzieję, że uda mi się jednak pójść na walk, choć liczę się z tym, że może to nie dojść do skutku.
Jutro pojadę z koleżanką na siłownię, będziemy ćwiczyć brzuch. Chętnie spróbowałabym sobie interwałów, ale nie wiem, jak to wyjdzie, ponieważ mamy autobus pół godziny po zajęciach. Mam jednak nadzieję, że mi się uda, a jeśli nie - zrobię to w domu. Popołudniu jadę spotkać się z inną znajomą, a wieczorem być może pójdę biegać z tatą, o ile będzie miał na to ochotę. To są oczywiście tylko plany, ale mam nadzieję, że się powiodą.
Cieszyłabym się, gdybyście wyrazili swoją opinię na temat tego, co piszę (jeśli oczywiście ktokolwiek to czyta). Będę wdzięczna za każdy komentarz i ewentualnie podpowiedź na temat tego, co chcielibyście przeczytać. Tymczasem dobranoc!
Weekend spędziłam na konwencie B6. Zastanawiałam się, czy nie napisać osobnej notki o nim, ale nie był aż tak wyjątkowy, dlatego wspomnę o nim tutaj. Jak każdy konwent B-Teamu, był znakomicie zorganizowany. Akredytacja rozpoczęła się o godzinie 14, a będąc mniej więcej w połowie kolejki, o 14.38 byłam już rozłożona na korytarzu. Wszystko poszło sprawnie, jak zwykle, co jest naprawdę dużym plusem, bo dużo słyszy się o Kolejconach na innych konwentach oraz o ich słabej organizacji. Jeszcze nie spotkałam się z negatywną opinią na temat b-konwentów, co mnie bardzo cieszy.
![]() |
| Dream Team. |
Z socialem było tym razem trochę gorzej, ale na to miały wpływ rożne czynniki, słabe humory moich znajomych i fakt odwołania scenki dwie godziny przed wyruszeniem na konwent. Mimo tego nie mogę powiedzieć, żebym się nudziła, oczywiście pod względem towarzystwa, bo jak zwykle nie znalazłam w planie żadnej atrakcji, która by mnie zainteresowała (oprócz wiedzówki z Vocaloidów, na którą nie poszłam, bo zwyczajnie zaspałam). Nie ucierpiałam jednak, bo doskonale bawiłam się ze znajomymi. Większość czasu spędziłam na Ulstrastarze i w naszym korytarzowym sleepie lub na łażeniu po conplace.
![]() | |
| Po lewej - dzień pierwszy, po prawej - drugi. |
Jeśli chodzi o przebrania, o co zostałam już zapytana na asku, doskonale bawiłam się jako TiulWomen pierwszego dnia i 'true dzieciokotek' drugiego. Nie miałam żadnego cosplayu, czy stroju w stylu azjatyckim, bo najzwyczajniej w świecie nie posiadam takich rzeczy. Mam jedną lolitkę, ale nie miałam ochoty jej brać. Mimo tego starałam wpasować się w tłum, choć nie wiem, jak mi to ostatecznie wyszło.
Dzisiejszy dzień rozpoczęłam ćwiczeniami na brzuch. Jakiś czas temu wzięłam się za siebie i postanowiłam, że będę ćwiczyć. Jest to dla mnie osiągnięcie, ponieważ jestem okropnym leniem i do wakacji każde popołudnie spędzałam przy laptopie lub na kanapie z telefonem w ręku. Na szczęście, to się zmieniło. Popołudnie spędziłam ze znajomym na szukaniu tiulu, którego chcę użyć na udoskonalenie mojego stroju TiulWomen w celu założenia go na sobotni Cosplay Walk. Szukałam tkaniny dwie godziny, co zaowocowało bardzo przyjemnym prawie siedmiokilometrowym spacerem. Nie było to dla mnie straszne, gdyż w dobrym towarzystwie wszystko przychodzi milej. Po powrocie do domu spotkało mnie jednak niemiłe rozczarowanie, gdyż okazało się, że w weekend wyjeżdżamy do babci, skutkiem czego bezsensownie kupiłam te sześć metrów kwadratowych tiulu. Ponieważ rodzice się zastanawiają nad przełożeniem wyjazdu, mam nadzieję, że uda mi się jednak pójść na walk, choć liczę się z tym, że może to nie dojść do skutku.
Jutro pojadę z koleżanką na siłownię, będziemy ćwiczyć brzuch. Chętnie spróbowałabym sobie interwałów, ale nie wiem, jak to wyjdzie, ponieważ mamy autobus pół godziny po zajęciach. Mam jednak nadzieję, że mi się uda, a jeśli nie - zrobię to w domu. Popołudniu jadę spotkać się z inną znajomą, a wieczorem być może pójdę biegać z tatą, o ile będzie miał na to ochotę. To są oczywiście tylko plany, ale mam nadzieję, że się powiodą.
Cieszyłabym się, gdybyście wyrazili swoją opinię na temat tego, co piszę (jeśli oczywiście ktokolwiek to czyta). Będę wdzięczna za każdy komentarz i ewentualnie podpowiedź na temat tego, co chcielibyście przeczytać. Tymczasem dobranoc!
17 sierpnia 2014
(01) Obóz mangowy - z czym to się je?
Pierwszą notkę chciałabym poświęcić obozom mangowym. Jak już pewnie zauważyli czytelnicy mojego aska, interesuję się japońską animacją i komiksem (tak, wiem, że manga to komiks), a także odrobinę kultury i mody. Z tego właśnie powodu trzy lata temu w okresie bycia 'tró otaku' zdecydowała się pojechać na mój pierwszy obóz mangowy Poszukiwaczy Przygód. Wtedy, jako gimnazjalistka, byłam bardzo wkręcona w te klimaty, więc zbiorowisko innych mangowców było dla mnie rajem.
Na pierwszy obóz pojechałam ze znajomymi z Krakowa (o czym dowiedziałam się przypadkiem dwa dni wcześniej). Spodobało mi się tam na tyle, że rok później zdecydowałam się na wybór tego samego obozu.
Drugi raz był już dużo lepszy - trafiłam na niesamowitych ludzi, przez co te półtora tygodnia minęło naprawdę szybko.Jak po każdym obozie powstała potem grupa na facebooku, gdzie umawialiśmy się na powtórkę. W końcu doszło to do skutku - tyle że beze mnie.
Jako że w tym roku pojawiła się opcja wyjazdu nad morze, a ja nie miałam ochoty na kolejne wyjście na Gubałówkę, wybrałam obóz mangowy w Jantarze. Mogę powiedzieć całkowicie szczerze, że nie żałuję. Co prawda uczestników było mniej, niż w górach, ale to nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Trafiły mi się świetne osoby w pokoju, co skutkowało często nieprzespanymi nocami, ale nikt się tym nie przejmował. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że był to najlepszy turnus, na jakim byłam, co mnie bardzo cieszy, gdyż była to dla mnie ostatnia szansa, aby pojechać tam jako uczestnik.
Na stronie PP rozpisany jest program, który z roku na rok niewiele się zmienia (rozmawiałam o tym z kadrą, która powiedziała, że kierownictwo nie uwzględnia wielkich zmian, bo tak po prostu łatwiej). Dlatego też co roku opowiadamy o japońskich horrorach i piszemy kaidany, rozmawiamy o modzie japońskiej, stylach, dodatkach i szyjemy kimona (ewentualnie inny strój wzorowany na modzie azjatyckiej), robimy sushi, oglądamy konkurs cosplay, w którym wziąć udział może każdy uczestnik z przygotowanym wcześniej strojem, rysujemy własne mechy po obejrzeniu kilku odcinków anime o tej tematyce, próbujemy tworzyć własną mangę, niszczymy sobie mózgi japońskimi reklamami, a także bawimy się na dyskotekach tematycznych. Oczywiście, pewne rzeczy się zmieniają, po rozpatrzeniu sugestii uczestników (na koniec każdego obozu wypełnia się ankietę, co się podobało, z czego można zrezygnować itd.). Pamiętam, że trzy lata temu robiliśmy dubbing pod anime o kotach. Rok później pominęliśmy ten punkt programu za zgodą wszystkich, a tym razem nawet nie było o tym mowy. Zamiast tego robiliśmy japońskie latawce, czego pomysłodawczynią była jedna z wychowawczyń. Ona również wprowadziła zabawę w obozowego Kirę, który za pomocą kartek ze swojego Death Note'a zabijał ludzi. Polegało to na podrzucaniu kartek z imieniem i sposobem śmierci. Gdy dana osoba znalazła świstek przeznaczony dla niej, miała 'umrzeć' w ciągu następnej doby. Im bardziej kreatywną śmierć wymyślił Kira, tym było zabawniej. Oczywiście, nie obyło się bez oglądania anime, czy dram. W zależności od miejsca obozu można było zdobywać niuyeny, za które była opcja np. wykupić seans nocny. Tego brakowało nam nad morzem, co jednak nie uniemożliwiło nam siedzenia do późnej nocy.
Istnieją pewne różnice między obozami w górach i nad morzem. Jest ich całkiem sporo, co może zaważyć nad wyborem placówki.
Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco przebieg obozów mangowych. Dla osób, które się tym nie interesują mam informację, że jest to jeden z naprawdę wielu obozów tematycznych. Uważam, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Gdybyście mieli jakieś pytania, komentujcie.
Na pierwszy obóz pojechałam ze znajomymi z Krakowa (o czym dowiedziałam się przypadkiem dwa dni wcześniej). Spodobało mi się tam na tyle, że rok później zdecydowałam się na wybór tego samego obozu.
Drugi raz był już dużo lepszy - trafiłam na niesamowitych ludzi, przez co te półtora tygodnia minęło naprawdę szybko.Jak po każdym obozie powstała potem grupa na facebooku, gdzie umawialiśmy się na powtórkę. W końcu doszło to do skutku - tyle że beze mnie.
Jako że w tym roku pojawiła się opcja wyjazdu nad morze, a ja nie miałam ochoty na kolejne wyjście na Gubałówkę, wybrałam obóz mangowy w Jantarze. Mogę powiedzieć całkowicie szczerze, że nie żałuję. Co prawda uczestników było mniej, niż w górach, ale to nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Trafiły mi się świetne osoby w pokoju, co skutkowało często nieprzespanymi nocami, ale nikt się tym nie przejmował. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że był to najlepszy turnus, na jakim byłam, co mnie bardzo cieszy, gdyż była to dla mnie ostatnia szansa, aby pojechać tam jako uczestnik.
Co można robić na takim obozie?
Na stronie PP rozpisany jest program, który z roku na rok niewiele się zmienia (rozmawiałam o tym z kadrą, która powiedziała, że kierownictwo nie uwzględnia wielkich zmian, bo tak po prostu łatwiej). Dlatego też co roku opowiadamy o japońskich horrorach i piszemy kaidany, rozmawiamy o modzie japońskiej, stylach, dodatkach i szyjemy kimona (ewentualnie inny strój wzorowany na modzie azjatyckiej), robimy sushi, oglądamy konkurs cosplay, w którym wziąć udział może każdy uczestnik z przygotowanym wcześniej strojem, rysujemy własne mechy po obejrzeniu kilku odcinków anime o tej tematyce, próbujemy tworzyć własną mangę, niszczymy sobie mózgi japońskimi reklamami, a także bawimy się na dyskotekach tematycznych. Oczywiście, pewne rzeczy się zmieniają, po rozpatrzeniu sugestii uczestników (na koniec każdego obozu wypełnia się ankietę, co się podobało, z czego można zrezygnować itd.). Pamiętam, że trzy lata temu robiliśmy dubbing pod anime o kotach. Rok później pominęliśmy ten punkt programu za zgodą wszystkich, a tym razem nawet nie było o tym mowy. Zamiast tego robiliśmy japońskie latawce, czego pomysłodawczynią była jedna z wychowawczyń. Ona również wprowadziła zabawę w obozowego Kirę, który za pomocą kartek ze swojego Death Note'a zabijał ludzi. Polegało to na podrzucaniu kartek z imieniem i sposobem śmierci. Gdy dana osoba znalazła świstek przeznaczony dla niej, miała 'umrzeć' w ciągu następnej doby. Im bardziej kreatywną śmierć wymyślił Kira, tym było zabawniej. Oczywiście, nie obyło się bez oglądania anime, czy dram. W zależności od miejsca obozu można było zdobywać niuyeny, za które była opcja np. wykupić seans nocny. Tego brakowało nam nad morzem, co jednak nie uniemożliwiło nam siedzenia do późnej nocy.
Góry, czy morze?
Istnieją pewne różnice między obozami w górach i nad morzem. Jest ich całkiem sporo, co może zaważyć nad wyborem placówki.
- W górach ośrodek jest wynajęty dla tzw. 'obozów japońskich', które często zajmują cały budynek, przez co nie ma możliwości organizowania tam innych obozów. Dzięki temu można tam wprowadzać dodatkowe przywileje, np. wyżej opisaną walutę obozową, co niestety nie było możliwe nad morzem, gdyż oprócz mangi koegzystowało tam pięć innych obozów. Z tym łączyło się również lekkie wyśmiewanie, ale to dotyczyło głownie otaku obnoszących się swoim hobby (kocie uszka, ogonki, malowane wąsy, peruki). W górach nikt na mangę dziwnie nie patrzy, bo są wśród 'swoich'.
- Wyjścia do sklepu. Nad morzem było ich zdecydowanie więcej, gdyż ośrodek nie był od niego daleko. Będąc w górach odwiedziłam sklep dwa razy, podczas gdy nad morzem zrobiliśmy to cztery. Było to oczywiście zależne od usytuowania ośrodka.
- Wyjścia. Dosyć ważna kwestia dla mangowców, co zaobserwowałam na tegorocznym wyjeździe. Jako że byliśmy nad morzem, chodziliśmy na plażę, co można było przewidzieć. Bawiło mnie niezadowolenie obozu mangowego, przywoływanie deszczu, smarowanie się kremem z filtrem 50 i chodzenie z parasolem. W górach wyjście było tylko jedno - całodniowa wycieczka do Zakopanego obejmująca wejścia na Gubałówkę (obowiązkowe, jeśli nie ma się kartki od rodziców) i grę terenową na Krupówkach. W tej sytuacji dla osób nielubiących słońca polecam raczej góry, a tych, którym ono nie przeszkadza, zapraszam nad morze.
- Kadra. Zawsze większość przedstawicieli jest w górach, gdzie przyjeżdża więcej uczestników, jednak miałam szczęście trafić nad morzem na najfajniejszą opiekunkę z nich wszystkich. Być może w przyszłym roku zobaczycie w tym gronie również mnie.
Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco przebieg obozów mangowych. Dla osób, które się tym nie interesują mam informację, że jest to jeden z naprawdę wielu obozów tematycznych. Uważam, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Gdybyście mieli jakieś pytania, komentujcie.
10 sierpnia 2014
(00)
Witam.
Założyłam tego bloga, bo chciałam mieć miejsce, w którym mogę pisać o czym tylko chcę ze świadomością, że mogą czytać to wszyscy, nie tylko osoby wybrane, którym podrzucę link. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie to czytał, ale zaryzykuję. Najwyżej dalej będę pisać sama dla siebie.
Nowy blog jest też związany ze zmianami, jakie zaszły w moim życiu. Chce Wam pokazać obecną siebie, która, nie da się ukryć, jest tą lepszą wersją, niż ta sprzed choćby kilku miesięcy. Wolę, aby tamten czas pozostał w przeszłości, do której należy, co jednak nie znaczy, że chcę zapomnieć. Warto pamiętać o gorszych chwilach, w ten sposób łatwiej cieszyć się z tych lepszych. Przynajmniej u mnie to działa.
Jeśli interesuje Was, co będę tu zamieszczać, muszę Was zawieść, bo sama nie wiem. Będzie to miszmasz wszystkiego, wymieszam tu moje refleksje i sytuacje z mojego życia, moje plany na przyszłość i być może niektóre elementy mojej przeszłości.
Jeśli kogokolwiek to interesuje - zapraszam do lektury!
Założyłam tego bloga, bo chciałam mieć miejsce, w którym mogę pisać o czym tylko chcę ze świadomością, że mogą czytać to wszyscy, nie tylko osoby wybrane, którym podrzucę link. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie to czytał, ale zaryzykuję. Najwyżej dalej będę pisać sama dla siebie.
Nowy blog jest też związany ze zmianami, jakie zaszły w moim życiu. Chce Wam pokazać obecną siebie, która, nie da się ukryć, jest tą lepszą wersją, niż ta sprzed choćby kilku miesięcy. Wolę, aby tamten czas pozostał w przeszłości, do której należy, co jednak nie znaczy, że chcę zapomnieć. Warto pamiętać o gorszych chwilach, w ten sposób łatwiej cieszyć się z tych lepszych. Przynajmniej u mnie to działa.
Jeśli interesuje Was, co będę tu zamieszczać, muszę Was zawieść, bo sama nie wiem. Będzie to miszmasz wszystkiego, wymieszam tu moje refleksje i sytuacje z mojego życia, moje plany na przyszłość i być może niektóre elementy mojej przeszłości.
Jeśli kogokolwiek to interesuje - zapraszam do lektury!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


