Na pierwszy obóz pojechałam ze znajomymi z Krakowa (o czym dowiedziałam się przypadkiem dwa dni wcześniej). Spodobało mi się tam na tyle, że rok później zdecydowałam się na wybór tego samego obozu.
Drugi raz był już dużo lepszy - trafiłam na niesamowitych ludzi, przez co te półtora tygodnia minęło naprawdę szybko.Jak po każdym obozie powstała potem grupa na facebooku, gdzie umawialiśmy się na powtórkę. W końcu doszło to do skutku - tyle że beze mnie.
Jako że w tym roku pojawiła się opcja wyjazdu nad morze, a ja nie miałam ochoty na kolejne wyjście na Gubałówkę, wybrałam obóz mangowy w Jantarze. Mogę powiedzieć całkowicie szczerze, że nie żałuję. Co prawda uczestników było mniej, niż w górach, ale to nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Trafiły mi się świetne osoby w pokoju, co skutkowało często nieprzespanymi nocami, ale nikt się tym nie przejmował. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że był to najlepszy turnus, na jakim byłam, co mnie bardzo cieszy, gdyż była to dla mnie ostatnia szansa, aby pojechać tam jako uczestnik.
Co można robić na takim obozie?
Na stronie PP rozpisany jest program, który z roku na rok niewiele się zmienia (rozmawiałam o tym z kadrą, która powiedziała, że kierownictwo nie uwzględnia wielkich zmian, bo tak po prostu łatwiej). Dlatego też co roku opowiadamy o japońskich horrorach i piszemy kaidany, rozmawiamy o modzie japońskiej, stylach, dodatkach i szyjemy kimona (ewentualnie inny strój wzorowany na modzie azjatyckiej), robimy sushi, oglądamy konkurs cosplay, w którym wziąć udział może każdy uczestnik z przygotowanym wcześniej strojem, rysujemy własne mechy po obejrzeniu kilku odcinków anime o tej tematyce, próbujemy tworzyć własną mangę, niszczymy sobie mózgi japońskimi reklamami, a także bawimy się na dyskotekach tematycznych. Oczywiście, pewne rzeczy się zmieniają, po rozpatrzeniu sugestii uczestników (na koniec każdego obozu wypełnia się ankietę, co się podobało, z czego można zrezygnować itd.). Pamiętam, że trzy lata temu robiliśmy dubbing pod anime o kotach. Rok później pominęliśmy ten punkt programu za zgodą wszystkich, a tym razem nawet nie było o tym mowy. Zamiast tego robiliśmy japońskie latawce, czego pomysłodawczynią była jedna z wychowawczyń. Ona również wprowadziła zabawę w obozowego Kirę, który za pomocą kartek ze swojego Death Note'a zabijał ludzi. Polegało to na podrzucaniu kartek z imieniem i sposobem śmierci. Gdy dana osoba znalazła świstek przeznaczony dla niej, miała 'umrzeć' w ciągu następnej doby. Im bardziej kreatywną śmierć wymyślił Kira, tym było zabawniej. Oczywiście, nie obyło się bez oglądania anime, czy dram. W zależności od miejsca obozu można było zdobywać niuyeny, za które była opcja np. wykupić seans nocny. Tego brakowało nam nad morzem, co jednak nie uniemożliwiło nam siedzenia do późnej nocy.
Góry, czy morze?
Istnieją pewne różnice między obozami w górach i nad morzem. Jest ich całkiem sporo, co może zaważyć nad wyborem placówki.
- W górach ośrodek jest wynajęty dla tzw. 'obozów japońskich', które często zajmują cały budynek, przez co nie ma możliwości organizowania tam innych obozów. Dzięki temu można tam wprowadzać dodatkowe przywileje, np. wyżej opisaną walutę obozową, co niestety nie było możliwe nad morzem, gdyż oprócz mangi koegzystowało tam pięć innych obozów. Z tym łączyło się również lekkie wyśmiewanie, ale to dotyczyło głownie otaku obnoszących się swoim hobby (kocie uszka, ogonki, malowane wąsy, peruki). W górach nikt na mangę dziwnie nie patrzy, bo są wśród 'swoich'.
- Wyjścia do sklepu. Nad morzem było ich zdecydowanie więcej, gdyż ośrodek nie był od niego daleko. Będąc w górach odwiedziłam sklep dwa razy, podczas gdy nad morzem zrobiliśmy to cztery. Było to oczywiście zależne od usytuowania ośrodka.
- Wyjścia. Dosyć ważna kwestia dla mangowców, co zaobserwowałam na tegorocznym wyjeździe. Jako że byliśmy nad morzem, chodziliśmy na plażę, co można było przewidzieć. Bawiło mnie niezadowolenie obozu mangowego, przywoływanie deszczu, smarowanie się kremem z filtrem 50 i chodzenie z parasolem. W górach wyjście było tylko jedno - całodniowa wycieczka do Zakopanego obejmująca wejścia na Gubałówkę (obowiązkowe, jeśli nie ma się kartki od rodziców) i grę terenową na Krupówkach. W tej sytuacji dla osób nielubiących słońca polecam raczej góry, a tych, którym ono nie przeszkadza, zapraszam nad morze.
- Kadra. Zawsze większość przedstawicieli jest w górach, gdzie przyjeżdża więcej uczestników, jednak miałam szczęście trafić nad morzem na najfajniejszą opiekunkę z nich wszystkich. Być może w przyszłym roku zobaczycie w tym gronie również mnie.
Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco przebieg obozów mangowych. Dla osób, które się tym nie interesują mam informację, że jest to jeden z naprawdę wielu obozów tematycznych. Uważam, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Gdybyście mieli jakieś pytania, komentujcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz